Królowa Pustyni - cz. 2
Szedł za śladami powoli i ostrożnie, ale uparcie. Jeżeli trzymałby się tego kierunku, musiałby dojść do naszych zwierząt. Wtedy wszcząłby alarm i to zdradziłoby naszą obecność. Musiałem temu w jakiś sposób zapobiec. Rozkazałem swoim towarzyszom spokojnie pozostać w ukryciu i czekać na mój powrót. Sam zsunąłem się bezszelestnie w dół skarpy i przyczaiłem za krzakiem. Dobrze wybrałem kryjówkę. Już wkrótce usłyszałem jego ciche, skradające się kroki, pozwoliłem mu przejść obok siebie, a potem wystarczyły dwa skoki i już obie moje ręce zacisnęły się na jego szyi tak, że nie mógł wydobyć żadnego dźwięku. Zwiądł w moim uścisku tracąc przytomność. Nie był już przeszkodą. Przerzuciłem go przez ramię i zaniosłem do swoich współtowarzyszy. Został przez nich związany i zakneblowano mu usta. Później poprosiłem ich o zachowanie ciszy. Chciałem podejść drugiego bandytę, który był o wiele groźniejszy, chociażby ze względu na swoje noże. Miałem dokonać tego sam. Po raz drugi więc ześlizgnąłem się ze wzniesienia. Zarośla zapewniały mi tak wyśmienitą osłonę, że bez specjalnego trudu znalazłem się tuż za plecami nic nie przeczuwającego Tuarega.
Ten w tym czasie gryzł w milczeniu daktyle i zaczerpnął dłonią ż rzeki trochę wody. Teraz wsłuchiwał się uważnie, czy nie usłyszy żadnego dźwięku z tego kierunku, który wybrał jego kompan. Czas oczekiwania na jego powrót wydłużał się. Dlatego zwrócił się właśnie wtedy, gdy przyczaiłem się za ostatnimi zaroślami, do dziewczyny:
— Masz tu daktyle, jedz!
Hiluja nie odpowiedziała nic i nie poruszyła się.
— Nie słyszałaś? Dlaczego nic nie mówisz?
— Gdzie jest Harują?
— Ach, dobrze się jej wiedzie. Wyszła za mąż. Wkrótce ty też będziesz miała męża. W Trypolisie sprzedam cię bogatemu paszy i będziesz sobie żyła jak w raju.
— Jeszcze nie jesteśmy w Trypolisie.
— Ale dojedziemy tam już za dwa dni. Nikt nie może nam w tym przeszkodzić!
— Ależ tak, znam kogoś, kto stanie ci na przeszkodzie!
— Gorączkujesz? Któż mógłby to być?
— On cię śledzi. Allach zesłał go, aby mi pomóc. Wiem o tym. To zaufanie Hiluji do mnie było wzruszające, gdy się pomyśli,
że widziała mnie tylko przez moment.
— Czy Allach zstąpił z niebios, aby ci to obwieścić? — zaśmiał się szyderczo Targi.
— Wiem to na pewno. On mnie wyzwoli. Obiecał to.
— Komu?
— Haluji.
— Niech Allach unicestwi tę starą czarownicę! Więc z kimś gadała.
— Z tym obcym, który przybył do obozu. I on obiecał nam ratunek. A to jest mężczyzna, który nie rzuca słów na wiatr.
Targi zachichotał:
— Tak, to mężczyzna — szydził, — to mężczyzna, którego dumnie ukorzyłbym u swych stóp, gdyby przybył ci pomóc. Nawet nie musiałbym podnieść swojej ręki przeciw temu człowiekowi, wystarczyłoby moje spojrzenie, aby go przestraszyć. Nawet chciałbym, żeby się tu zjawił. Przyrzekam na Allacha, że nawet bym nie drgnął, a tylko spojrzałbym na niego.
— Nie przyrzekaj!
Mówiąc te słowa wyskoczyłem z zarośli. Ben Hamalek zewał się na równe nogi. Dziewczyna również i radośnie złożyła ręce w kierunku niebios.
— O Allachu, zesłałeś mi wybawcę!
Ruchy Tuarega były coraz szybsze. Jego pistolety były przy siodle, ale już chwycił za rękojeście swoich noży.
— Ja kelb, ty psie! Ty tutaj?
— Przecież chciałeś mnie widzieć.
— Więc musisz umrzeć!
Zdecydowanym ruchem włożył dwa palce do ust i głośno zagwizdał. Cały czas obserwowałem jego ruchy.
— Czyżbyś wzywał na pomoc swojego kompana? A ja sądziłem, że będziesz dalej leżał i nie wykonasz ani ruchu. Przecież przyrzekłeś nawet na Allacha!
— Niech pochłonie cię dżehennah
Podniósł ramię, ale tak szybko jak to uczynił, opuścił je z głośnym okrzykiem bólu. Zraniła go kula z mojego rewolweru, która utkwiła mu w ręce.
W tym samym momencie złapałem go wpół, podniosłem w górę i rzuciłem o ziemię już zemdlonego. Dopiero teraz miałem czas dla pięknej Hiluji. Wyciągnąłem ku niej rękę.
— Nie omyliło cię twoje zaufanie. Jesteś wolna!
Jej czador odsunął się. Spojrzała na mnie z podziwem.
— Wolna — powtórzyła, jak gdyby nie potrafiła odszyfrować tłumaczenia tego słowa.
— Tak wolna, całkowicie wolna.
Jej oczy rozpromieniły się, ale niedługo znowu napełniły się łzami.
— Więc mogę iść dokądkolwiek chcę?
— Tak, dokądkolwiek chcesz, do ojca, a również do swojej siostry „władczyni pustyni.
Teraz uchwyciła moją rękę i zanim zdążyłem ją powstrzymać, wtuliła w nią swoje usta.
— Jesteś aniołem Allacha, którego zesłał na ziemię —.zaszep-tała zachwycona, — twoje słowa są niebiańskie.
Zaśmiałem się i pokręciłem przecząco głową.
— Jestem tylko człowiekiem, tak samo jak moi przyjaciele tuż za tobą, a których jeszcze nie zauważyłaś.
Wtedy odwróciła się i zobaczyła moich przyjaciół,- którzy klęczeli obok Tuarega oglądając jego rany. Ucieszyła się bardzo. Uścisnęła dłoń szejkowi i pułkownikowi.
Kriiger-Bej uśmiechnął się filuternie.
— Czy nie mógłbym się z nią jeszcze raz ożenić?
— Z pewnością nie, mój drogi pułkowniku — odrzekłem z uśmiechem.
— Dlaczego nie?
— Ona należy